RSS
sobota, 20 sierpnia 2005
my name is Potato, Jack Potato

Tak, tak, nie wyobrażam sobie Wysp bez agenta 007. Co prawda skrycie konfabuluję, że w następnych odcinkach Bond będzie kobietą, niemniej świadomość, że ktoś czuwa, coby ten świat nie skończył się za szybko, podnosi mnie zazwyczaj na duchu (he he, i tylko Wysp tych nie ma!)

Podobnie nie wyobrażam sobie Londynu bez ziemniaków. I podobnie fakt, że one tam istnieją, i to w
całkiem dobrej formie, napawa mnie otuchą. Jakże by inaczej biedny turysta przeżył w tym strasznym
kotle niejadalnych pomysłów? Zwłaszcza turysta wyposzczony po słynnym English Breakfast w niezbyt schludnej dzielnicy…? Nie wiem, naprawdę nie wyobrażam sobie tego. Kiedy zmęczona wydeptywaniem coraz to nowych szlaków, wreszcie znajduję przytulną ziemniaczaną knajpkę, wiem, że za chwilę wydam pięć funciaków i będzie to najlepiej wydane pięć funciaków w historii!

Danie jest właściwie bardzo proste. Podstawą są duże ziemniaki. Opłukane, nakłute w wielu miejscach widelcem, wstawiamy do rozgrzanego (180O) piekarnika. Pieczemy trochę ponad godzinę aż będą miękkie. 20 minut przed wyjęciem ziemniaków z piekarnika, przygotowujemy nadzienie.

Najbardziej popularny jest oczywiście ser i boczek. W przypływie natchnienia warto jednak pokusić się o coś więcej. Proponuję coś na ostro. Na rozgrzanym oleju podsmażamy posiekaną cebulę. Po chwili dodajemy posiekany czosnek, kurkumę, kminek, paprykę, chili i mieszamy. Dodajemy posiekane pomidory, czerwoną fasolkę, sok z cytryny, wodę i posiekaną miętę. Doprawiamy solą i pieprzem i dusimy ok. 10 minut. Kiedy ziemniaki są już upieczone, nacinamy je u góry na krzyż, tak, żeby ziemniak był cały, ale środek można było ubić widelcem. Powstaje kieszonka, w którą wkładamy nadzienie. Wierzch dekorujemy listkiem mięty.

Do tego martini. Oczywiście wstrząśnięte i niestety zmieszane ziemniaczanym towarzystwem. Ale co tam. Nie przejmuję się tym, że skoro ja widzę martini, to i ono widzi mnie też. Nie
zastanawiam się, co owo martini sobie myśli i wyobraża. Przecież zaraz i tak go nie będzie…

Składniki: 2 kg dużych ziemniaków, 1 duża cebula, 2 ząbki czosnku, 1 łyżeczka kurkumy, 1 łyżeczka papryki, ½ łyżeczki chili, 2 duże pomidory, puszka czerwonej fasolki, 1 łyżeczka soku z cytryny, 2/3 szklanki wody, 2 łyżeczki świeżej mięty, sól, pieprz, martini

*tak naprawdę to są Jacket Potatoes, ale moja przyjaciółka zawsze mówi Jack Potatoe i tak już u mnie zostanie ściśle-nieściśle

11:32, zuska500
Link Komentarze (33) »
środa, 03 sierpnia 2005
follow the yellow brick road

Kiedy zabieram się za ziemniaczano-kalaforowe placki bezwiednie zaczynam podśpiewywać, a moje myśli wędrują w kierunku Czarnoksiężnika z krainy Oz. Prawdę mówiąc myślę sobie, że właśnie „wypiekam” świeże, żółte cegiełki, żeby załatać drogę wiodącą przez tajemniczy kraj Manczkinów, Winków i Kwadlingów. Bo przecież drogi się psują – rozważam – niszczą, gubią, dziurawią… Co będzie, jak nikt nie będzie tam zaglądał? Zagubiona Dorotka nigdy się nie odnajdzie /a przecież porządnie się zagubiła/, Lew nigdy nie zdobędzie się na odwagę /nie żal go?/, Strach na Wróble już zawsze będzie bez rozumu /o! to dopiero straszny strach!/, a Blaszany Drwal nigdy nie poczuje bicia serca w piersi /blaszane serce? brr…/

Eh, niech tam Elton John wyje, co chce*, ja robię swoje…

Gotuję ziemniaki, a potem je ubijam, dodając trochę masła i mleka. Gotuję koszyczki kalafiora i dodaję do ziemniaków, razem ze startym parmezanem, solą, pieprzem, żółtkiem od jajka oraz ubitym białkiem. Z masy formuję osiem równych porcji i nadaję im kształt cegiełek. Smażę na rozgrzanym oleju ok. 5 minut, przewracając w połowie smażenia na drugą stronę. Na talerzu posypuję przysmażonym boczkiem.

A kiedy zajadam to coraz jaśniej widzę, że jest to opowieść o przyjaźni. O ludziach na naszej drodze, dzięki którym odnajdujemy w sobie różne zdolności i wiarę w siebie, w to, że jesteśmy dobrzy, mądrzy, odważni…

Follow the yellow brick road,
Follow, follow, follow, follow,
Follow the yellow brick road....**

Tak wiec zajadam ile wlezie, a i Wy się częstujcie…
…cieszę się, że mogę dla Was gotować!


Składniki: 1 i ½ szklanki ugotowanych i ubitych ziemniaków, 250 g koszyczków kalafiora, ½ szklanki startego sera Parmezan, 1 jajko, olej, sól i pieprz, boczek

*Elton John, Goodbye Yellow Brick Road
**Liman Frank Bum, The wonderful Wizard of Oz


19:11, zuska500
Link Komentarze (12) »
czwartek, 28 lipca 2005
ogród rozkoszy ziemskich


Mój przewrotnie ulubiony filozof, mistrz Pangloss, powiadał uczenie, że nic nie może być inaczej. Ponieważ wszystko istnieje dla jakiegoś celu, wszystko z konieczności musi istnieć dla najlepszego celu. Zważcie dobrze, iż nosy są stworzone do okularów; dlatego mamy okulary. Nogi są wyraźnie stworzone po to, aby były obute; dlatego mamy obuwie.* Tu z reguły przerywam mistrzowi... dalszy wywód jest tak oczywisty!

No przecież, masło i orzechy są stworzone po to, aby masło było orzechowe! Dlatego mamy potrawkę ziemniaczaną w sosie orzechowym i westchnienia typu: "palce lizac", "czy zostało coś jeszcze na dokładkę?", "ależ to pyszne", a nawet "ależ to genialnie pyszne". A wszystko dzięki temu, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów...

W mojej kuchni, w rzeczy samej najlepszej z możliwych, kroję więc w paseczki wołowinę i cebulę, rozdrabniam czosnek, wrzucam wszystko na mocno rozgrzaną patelnię i podsmażam ok. 5 minut. Dodaję pokrojone w grubą kostkę ziemniaki i ciągle mieszając smażę kolejne 5 minut. Całość zalewam bulionem wymieszanym ze słodką papryką i masłem orzechowym. Doprowadzam bulion do wrzenia, dorzucam posiekaną paprykę i orzeszki, zmniejszam ogień i tak duszę ok. 45 minut, aż mięso i ziemniaki będą miękkie.

Wkrótce w powietrzu unosi się smakowita woń, drażniąca nozdrza i żołądek... Drzemiący w fotelu mistrz Pangloss uchylił powiekę i głośno przełknął. Eh, mądry ten mój mistrz, bez wątpienia, nie ma skutku bez przyczyny! Zmysł węchu istnieje po to, aby nam ślinka ciekła i wszystko smakowało lepiej…


Naturalną koleją rzeczy, pracowite popołudnie ustępuje miejsca skąpanemu w winie, biesiadnemu wieczorowi. Objedzony, oświecony trunkiem i pełen zachwytu mistrz Pangloss rozprawia dalej …
Ciągle trwam w pierwotnym mniemaniu – toć nie darmo jestem filozofem: nie przystoi mi odmieniać zdania. Leibniz nie może się mylić; praistniejąca harmonia jest najpiękniejszym wymysłem na świecie, zarówno jak pełń i materia subtelna.* . I co tu kryc, lepiej niech Leibniz się nie myli:)


Składniki: łyżka oliwy, 4 łyżki masła, 450g wołowiny, cebula, 2 ząbki czosnku, 600g ziemniaków, czerwona papryka, bulion wołowy, ½ łyżki słodkiej papryki, 4 łyżki masła orzechowego, 25g łuskanych fistaszków

*Wolter, Kandyd czyli optymizm



14:16, zuska500
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 25 lipca 2005
romans z Gruyere


Przeczytałam kiedyś, że nadmiar czegoś dobrego może być cudowny*. Myślę, że w tym stwierdzeniu tkwi cudowna racja, czyż nie? Szczególnie jeśli mówimy o ziemniakach… Wejść w posiadanie kilku ugotowanych ziemniaków w mundurkach to piękna chwila i początek czegoś Naprawdę Dobrego. Jeśli do tego z poprzedniego przepisu zostało nam trochę sera Gruyere, a w zakamarkach spiżarki odkryjemy zagubioną cebulę, szczęście uśmiecha się do nas pełną gębą. To idealny moment, by przyrządzić coś innego niż zwykle, pobawić się w czarownicę z Łysej Góry, odkryć nową stronę mocy. Najwyższy czas na serowo-cebulowy rostis!


Jest to potrawa, która według niektórych wyglądem przypomina słomianą matę, stąd niekiedy nazywa się ją „słomkowym ciastem”. A wszystko dlatego, że zarówno ziemniaki, jak i ser, ścieramy na grubej tarce, cebulę kroimy na drobne paski, i ot, cała słoma! Co ja mówię, snopek słomy… sceneria, w której nie jeden romans przecież się zdarzył...

Do smaku można dodać 2 łyżeczki poszatkowanej zielonej pietruszki oraz pieprz i sól. Składniki mieszamy i formujemy z nich cztery placki. Powinny być w miarę równe i płaskie, co daje szansę, że środek także będzie się nadawał do jedzenia. Placki smażymy ok. 1 minuty na mocno rozgrzanej patelni, gdzie czeka wcześniej rozgrzana oliwa i masło. Zmniejszamy ogień i smażymy przez ok. 5 minut z każdej strony, aż placki się zarumienią na złoto.

Wierzch ozdabiamy pomidorami i cebulą i mniam mniam, zabieramy się do pałaszowania naszych słomianych matek…może nawet na słomianych podkładkach i w słomkowych kapeluszach….i niech no ktoś tu wspomni, że ma słomiany zapał!


Składniki
: 1 kg ugotowanych w mundurkach ziemniaków, 1 cebula, ½ szklanki grubo startego sera Gruyere, 2 łyżeczki poszatkowanej pietruszki, 1 łyżeczka oliwy, 2 łyżeczki masła, sól, pieprz, pomidor

*Lancy Etcoff, Przetrwają najpiękniejsi. Wszystko co nauka mówi o ludzkim pięknie

17:07, zuska500
Link Komentarze (12) »
czwartek, 21 lipca 2005
łuki z St.Louis


St. Louis, miasto w środkowej części USA w stanie Missouri, stanowiło kiedyś ważny punkt w wędrówce na Dziki Zachód. Dziś przyciąga turystów głównie za sprawą dumnie wyprężonego, stalowego łuku, wznoszącego się nad miastem jak złocista, jednokolorowa tęcza. Łuk jest przepiękny i naprawdę zachwyca swoją konstrukcją.


Jednak dla mnie S.Louis to przede wszystkim ważne miejsce na szlaku ziemniaczanym, na mojej wewnętrznej mapie zaznaczone jako wklęśnięcie raczej niż wypiętrzenie. To tu nastąpiło objawienie, rodzaj epifanii i zachwyt do nieba. Zapewne nie przez przypadek rzecz rozegrała się w irlandzkim pubie. Irlandczycy wiele zawdzięczają ziemniakom i wiedzą, jak się z nimi obchodzić. Potato Skins, przystawka z ziemniaczanych „skórek”, wymaga dużo ciepła, czułości i pieszczotliwych zaklęć.


Średniej wielkości ziemniaki dokładnie myjemy i wkładamy do rozgrzanego do 200oC piekarnika. Pieczemy je aż będą miękkie – całkiem możliwe, że potrwa to około 1 godziny. Upieczone kroimy wzdłuż na pół i wydłubujemy z nich środek, zostawiając ok. 5 cm „skórki”, po czym smarujemy wewnątrz roztopionym masłem. Układamy je na patelni grilowej lub w piekarniku - wydrążoną częścią do dołu - i opiekamy przez 10-15 minut. Przewracamy na drugą stronę, wypełniamy środki plasterkami cebuli, salami oraz startym serem i podpiekamy kolejne 5-10 minut.


W ten sposób powstają ziemniaczane skórki, muszelki, uszka, łódeczki…znakomite przekąski do piwa!

Zabawne, bo to właśnie w St.Louis znajdują się browary Anheuser-Busch, gdzie produkuje się kultowe amerykańskie piwo Budweiser. Poza tym kilka mil na północ od miasta, Missisipi łączy się z Missouri i dalej już wspólnie pędzą jak szalone na spotkanie z Zatoką Meksykańską. Widać wszystko zatacza krąg i łączy się w jedną całość…łodzie, rzeka, wędrowanie…


Dokąd płynie Dionizos /…/ spity winem nic nie wie – więc my także nie wiemy
Dokąd płynie prądami z pnia bukowego łódź lotna*


Składniki: 8 średniej wielkości ziemniaków, 4 łyżeczki masła, cebula, 50g sera Gruyere, 50 g salami


*Zbigniew Herbert, Czarnofigurowe dzieło Eksekiasa


11:56, zuska500
Link Komentarze (4) »
piątek, 15 lipca 2005
ostre klimaty, czyli hiszpańska inkwizycja


Kiedy przyrządzam ziemniaki na hiszpańską nutę, niemal zawsze przychodzi mi na myśl skecz z Latającego Cyrku Monty Pythona: Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! Podstawa naszej taktyki to zaskoczenie…

I takie właśnie są te ziemniaki. Zaskakują odmiennością smaku /czy tak mogą smakować ziemniaki?/, torturują przełyk ogniem piekielnym, a przy tym mają prześliczne, czerwone sutanny! A wszystko dlatego, że w wyniku działania kilku magicznych zaklęć zostają otulone karmazynową warstwą sosu, składającego się głównie z pomidorów i chili. Jest to potrawa serwowana jako część hiszpańskiego tapas. Według mnie świetnie pasuje do naszego schabowego.

Najlepiej sprawdzają się tu małe młode ziemniaki. Myjemy je dokładnie i przecinamy na pół. Wraz z drobno pokrojoną cebulą wrzucamy je na rozgrzaną patelnię i smażymy ok. 4-5 minut, aż cebula się lekko zeszkli. Następnie dodajemy pokrojoną w plasterki zieloną paprykę, łyżeczkę chili oraz łyżeczkę musztardy i smażymy ok. 2-3 minut, cały czas mieszając. Osobiście lubię dorzucić posiekaną w plasterki cukinię, która świetnie się tu komponuje. Pewnie i inne dodatki byłyby na miejscu, zachęcam więc do eksperymentowania.  

Całość zalewamy bulionem warzywnym wymieszanym z drobno posiekanymi /rozdrobnionymi? zmasakrowanymi?/ pomidorami. Doprowadzamy bulion do wrzenia, po czym zmniejszamy ogień i cierpliwie czekamy, aż ziemniaki się ugotują. Przyznaję, że cierpliwość może zostać wystawiona na ciężką próbę ze względu na unoszące się, miłe sercu i duszy, zapachy. A jednak cierpliwość popłaca. I tu mała dygresja. Wyczekiwanie to dobry moment na aperitif. Do tapas tradycyjnie podaje się schłodzone sherry. Być może nie przez przypadek w języku angielskim słowo schłodzone - chilled przywodzi na myśl chill out, co znaczy uspokoić się, odprężyć się. I w sumie nie ma to większego znaczenia, czy zrelaksuje nas chłód, co aktualnie byłoby bardzo na miejscu, czy alkohol, ważny jest przecież ostateczny efekt...

Ziemniaki podajemy na ciepło. Po posiłku leżymy z brzuszkami do góry, z uśmiechem błogości błąkającym się raz po raz po naszych twarzach i psotnymi iskierkami w oczach. I tu z reguły zaczyna się już zupełnie inna historia…



Składniki
: 2 łyżeczki oliwy, pół kilo młodych ziemniaków, cebula, zielona papryka, cukinia, łyżeczka chili, łyżeczka musztardy, szklanka bulionu warzywnego, szklanka drobno posiekanych pomidorów

19:56, zuska500
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 lipca 2005
sałatka nowojorska


To był mój pierwszy raz. Początek zauroczenia i grom z jasnego nieba.

W związku z tym, że wyjeżdżałam na rok do Stanów, postanowiłam wydać przyjęcie. Biorąc pod uwagę, że uparcie odmawiałam gotowania i byłam w stanie przypalić nawet wodę, potrzebne mi było coś ekstra, coś, co da się zrobić szybko i bez większego wysiłku. I wtedy znalazłam w Internecie przepis Kingi. Ha! - pomyślało bystro dziewczę – no przecież raz do roku ziemniaki ugotować mogę!

Kilogram pokrojonych drobno ziemniaków zostało ugotowanych w osolonej wodzie z dodatkiem cytryny. Odcedzone i ciepłe zostały zalane winogronowym sokiem na 10 minut z zegarkiem w ręku. W tym czasie należało umyć i posiekać listki mięty, niestety w pobliskim Carrrfourze listków mięty nie było. Zresztą do dziś w owym Carrefourze wielu rzeczy nie ma! No cóż, udało mi się jednak wymieszać sos, czyli jogurt, gęstą kwaśną śmietanę, majonez, musztardę, paprykę, pieprz i szczyptę soli. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, jak ciężko jest odmierzać pół szklanki majonezu i 10 minut minęło! Patrząc na te 10 minut z dystansu wiem, że spędziłam ten czas bardzo pracowicie…

Zgodnie z przepisem, dalsza kąpiel w soku z winogron nie była ziemniakom już potrzebna. Natomiast sos domagał się dolania ¼ szklanki zalewy. Po ostatecznym wymieszaniu sosu ziemniaki zostały nim zalane, w domyśle posypane listkami mięty, po czym zostały odstawione do lodówki na 2 godziny.


Udało mi się wywinąć ten sam numer na obu kontynentach. Nie wiem, czy nowojorczycy zdają sobie sprawę z istnienia tej sałatki, niemniej do dziś po obu stronach Atlantyku wszyscy znajomi wspominają TĄ imprezę i TĄ sałatkę. Ohom i ahom nie było końca, aż przyjemnie powspominać... Przyznaję, że dużą rolę odegrała tu reklama. Odpowiednie przygotowanie odbiorców to połowa sukcesu! Na pewno mojego sukcesu… Druga połowa to odpowiedni dobór innych potraw, jak najbardziej egzotycznych, jak najmniej zjadliwych, no i nasze ziemniaki wybijają się z tłumu! Dodam, że przed podaniem posypałam je gremolatą, co dodało całości uroku i lekkości...

I tak, całkiem niespodziewanie, ziemniak wkradł się do mojego życia i zaczęła się ta przygoda. Od tej pory pozwala mi się smakować na wszystkie strony, odsłaniając wielowymiarową naturę i bogactwo wnętrza... Co prawda nie zawsze się zgadzamy, w pewnych kwestiach nawet bardzo się różnimy, ale jednego jestem pewna - najlepsze mamy jeszcze przed sobą...


Składniki: 1 kg ziemniaków - najlepiej młodych, sok z pół cytryny, 1 szkl soku z winogron, ½ szkl jogurtu naturalnego, ½ szkl gęstej kwaśnej śmietany, ½ szkl majonezu, 2 łyżeczki musztardy, ½ łyżeczki papryki, ½ łyżeczki pieprzu, szczypta soli, 10 listków świeżej mięty

13:51, zuska500
Link Komentarze (10) »
Skopiuj CSS